„Do 999” – miszkolcka legenda o szewcach
Krajowa sława miszkolckich szewców była wynikiem celowej propagandy początku XX wieku. Zawsze byli najliczniejszym cechem , ale o jego liczebności , wykonywanej pracy nie pojawiło się tyle pisanych świadectw jak o chlebie, preclach czy pieczeniach. Nie można porównywć ich też do historii o galarecie, bo jest to historia uważana za prawdziwą. Podobieństwo ukazuje się na dwóch, mniej więcej w tym samym czasie wydanych pocztówkach o krajowym zasięgu. Takie pocztówki sprzedawano w Miszkolcu w latach 1910-1912. Na jednej stoi pewny siebie palący fajkę majster z butami przewieszonymi przez ramię, a po prawej stronie obrazka skulony czeladnik dźwiga zawieszone na patyku buty. Podpis pocztówki jest tylko taki: „do 999-ciu”. Druga pocztówka przedstawia wesołego, pod krawatem, palącego fajkę majstra z butami w ręku, drugą ręką trzymając wesołego czeladnika, który ma zawieszone na patyku buty, jak na poprzednim obrazku. O liczbie przedstawicieli tego rzemiosła ludowy przekaz powiada, że pod koniec XIX wieku było w mieście tylu szewców, że nie mogli z tego wyżyć. Kiedy było ich już 999-ciu, zebrali się i zastanawiali się jakie rozwiązanie znaleźć. Zdecydowali, że następnego szewca, który będzie chciał wstąpić do cechu, zabiją. Wiadomość ta rozeszła się po okolicy i z uwagi na taką groźbę nigdy nie było tysiąca szewców w mieście. Dlatego na drugiej pocztówce tak są zadowoleni zarówno majster jak i czeladnik.
Legenda Bató
István Bató , według metryki urodził się w 1812 roku, a w 1836 ożenił się w Miszkolcu. Żona, Eszter Imre również urodziła się w 1812 roku i była zamożną sierotą. Z małżeństwa urodziło się dwoje dzieci, w 1837 Eszter, a w 1842 Borbála inaczej „Birike”.
Legenda powstała wokół rodziny Bató nie dotyczy ani żony, ani młodszej córki. Przypuszcza się na podstawie obrazów, że żona Bató była chudej postaci. Mimo nieszczęść jakie na nią spadły dożyła prawie 88 lat. Kto ją znał, wspominał jako dobrą, spokojną, pracowitą kobietę.
Młodsze dziecko w roku 1846, w wieku 5 lat zmarło. Jej postać w białej jedwabnej sukience, złożoną w trumnie namalował najbardziej znany i uznany w XIX-wiecznym Miszkolcu malarz, Lajos Latkóczy. Druga córka Bató w 1855 roku wyszła za mąż za jednego z synów rodowitej miszkolckiej rodziny, adwokata Jánosa Piskóty. Starszy od żony o 15 lat mąż szybko zapadł w chorobę i w wieku 42 lat zmarł. Żona powróciła do rodzinnego domu i załamana, w wieku 28 lat również zmarła. Bató bezprzykładnie wspaniałym pogrzebem pożegnał się z drugim dzieckiem.
Po pogrzebie wkroczył w taki okres życia, w którym każda myśl, wszystko co robił, było kierowane lękiem przed śmiercią. Majątek, dużą część dochodów wykorzystał na to , aby po sobie i członkach rodziny pozostawić coś upamiętniającego, co by nie poszło w zapomnienie z upływem czasu. Podejście do życia i stosunek do otoczenia określił w jednym zdaniu:”jeśli cały świat przepadnie, moja krypta jeszcze wtedy będzie w całości się toczyć”.
Dla opinii publicznej zapamiętano Bató z powodu testamentu, o którym nie tylko mówił, ale jeszcze za życia wydrukował. Nie robił z tego tajemnicy, że chce tym osiągnąć, aby jego imię i pamięć o nim żyły wiecznie. Napewno wczesna śmierć dzieci była tego powodem. Bardzo obawiał się o majątek, bogactwo, ale w wielki dzwon nazwany imieniem córki wtopił wszystkie złote i srebrne rodzinne precjoza.
Dzwon został wykonany na życzenie Eszter Bató, która jeszcze za życia chciała podarować największy w mieście dzwon kościołowi na ulicy Kossutha. Tak się stało, że ledwie dwa miesiące po śmierci dziecka, pod koniec czerwca 1865 roku, rodzice wystosowali do rady kościelnej propozycję zawierającą wiele punktów. Między innymi to, aby dzwon nosił imię Eszter, a jego przekazanie nastąpiło 13 maja 1866 roku, w rocznicę śmierci Esztery. Dzwon ma dzwonićco roku tego dnia rano (tak jest do dziś). Dzwon Eszter na wieży kościoła reformackiego na ulica Kossutha dzisiaj również jest największym dzwonem w Miszkolcu.
Leszczyna z Diósgyőr
Dawniej, jak czyjaś droga wiodła do Diósgyőr, to nie omieszkał zobaczyć 15,5 metrowej wysokości 600-letniej leszczyny. Rozsławiana była też na pocztówkach. Ale w 1926 roku zaczęły pojawiać się ślady wysychania, w 1932 roku już nie wypuściła nowych pędów, wyschła. Koronę ścięto, ale zostawiono jeszcze 6-metrowej wysokości pień. Wreszcie w 1935 roku ścięto go przy ziemi. Według opisu, obwód pnia wynosił 3,18 m, a średnica na wysokości 6 m miała 68 cm. Z słojów pnia określono wiek drzewa na 109 lat. Fachowa opinia przyjęła wersją, że (Corylus colurna) leszczyna turecka przez 600 lat zawsze odrastała z korzeni, kiedy to pień wysechł, co nastąpiło w 1935 roku. Pień pocięto i przekazano instytucjom historycznym na pamiątkę, a dolny jego odcinek zabetonowano i opatrzono łacińskim napisem. Jego tłumaczenie jest następujące „Przez 600 lat widziałem śnieg i wiatr i słuchałem śpiwających ptaków. Nie umrę, zazielenię się i wyśpiewam przyszłość wiecznych Węgier”.
Rodzi się pytanie, kto zasadził to drzewo ? Odpowiedź zredagował w 1933 roku jeden z nauczycieli szkoły elementarnej dla chłopców. Dwie legendy przypisywały zasadzenie leszczynowej witki córce Ludwika Węgierskiego Marii. Król Ludwik naprawdę bardzo lubił Diósgyőr i okolice. Jest opisane takie piętnaście lat, kiedy całe tygodnie a nawet miesiące spędzał tu z rodziną, lub na łowach. W czasie jego panowania Europę najechali Turcy i zajęli Adrianopol, potem doszli do miasteczka Bodony nad Dunajem. Król przywiązywał dużą wagę do powstrzymania zalewu tureckiego. Zobowiązał się, że jeżeli zwycięży, to z wdzięczności zbuduje w Mariacell kościół. Zorganizował dwie wyprawy wojenne w 1369 roku, a w jednej z nich osobiście wziął udział. Węgrom udało się zwyciężyć nad Turkami i odsunąć ich 60 km na południe od Sofii. Wzbudziło to ogromny entuzjazm w całym kraju. Król wybudował kościół w 1370 roku, a obrazy w nim umieszczone przedstawiają zwyciąstwo króla nad Turkami. Istotny był dla niego rok zwycięstwa, bo 17 listopada 1370 roku Polacy wybrali go na króla. Po tym również przyjechał do otoczonego górami Bukowymi Diósgyőr. Również w 1370 roku urodziło mu się pierwsze dziecko, Maria. To wydarzenie rodzinne było przyczynkiem tego, aby na dworze w Diósgyőr, na wzgórzu husarów zasadzić drzewa na pamiątkę narodzin córki. Dlatego legenda przekazuje imię Marii w związku z zasadzeniem leszczyny. W Diósgyőr należące wówczas do wyjątkowych sadzonki leszczyny tureckiej dlatego przywiózł z Bałkan, bo nawet nazwa przypominała mu zwycięstwo nad Turkami. Maria miała 12 lat jak król Ludwik zmarł.
Sadzoka już wtedy się wzmocniła, zaczęła owocować i otrzymała nazwę drzewa sprawiedliwości. Tu były ogłaszane rozkazy i tutaj były wykonywane wyroki na przestępcach. O drzewie sprawiedliwości jako punkcie granicznym piszą w jednym z punktów listu kościoła reformackiego z 1659 roku. W XVII i XIX wieku miejsce to nazwano zewnętrznym forum. Wykonywania kar cielesnych zaprzestano po 1848 roku i w zapomnienie poszło drzewo sprawiedliwości, jak również nazwa zewnętrznego forum. Potem nadano mu nazwę 600-letniej leszczyny.
Dwa drzewa, które wyrosły z sadzonek, w 1988 roku objęto ochroną, a w 1991 roku oznaczono tablicą pamiątkową.
Legenda białego węża
W latach 30-tych XX wieku kiedy Tapolca ruszyła drogą rozwoju miejskiego, na nowo odrodziła się legenda, której korzenie sięgają głęboko w wielosetne warstwy wierzeń ludowych i zwyczajów. W krystalicznie czystej źródlanej wodzie ludzie zdawali się widzieć białego węża. Duchowny, miejscowy historyk z pobliskiej miejscowości pisał, że jej mieszkańcy często przyjeżdżali kąpać się tutaj i od nich słyszał, że: „Dawniej ta woda skuteczna była w leczeniu chorób. Moi rodzice też tu byli , poszli do źródła skąd wypływała woda i zobaczyli tam białego węża”. W ówczesnych miszkolckich dziennikach wielokrotnie ukazywało się wezwanie Géza Hegyaljai Kiss (1893-1966), że jeżeli komuś przydarzy się coś podobnego, zobaczy, albo od kogoś usłyszy, to niech do niego napisze. Nie znamy efektów tego, ale wiemy jaka była opinia jednego z miszkolckich badaczy przyrody. Według niego: ” …jego istnienie nie jest prawdopodobne, naukowcy z dobrym okiem też by go zobaczyli, gdyby istniał….Uważam, że białego węża stworzyły wierzenia ludowe, a nie stan faktyczny.”
Opisy etnograficzne czy leksykony nie wspominały o białym wężu, o roli węża w wierze, sztuce, ogólnie w kulturze człowieka albo w przekazach ustnych jakiejś miejscowości. A przecież w religii wąż jest obdarzony siłami nadprzyrodzonymi.
Wąż jest według wiary odpowiedzialny za złe czyny i ma złe cechy. I tak wąż był przyczyną wielu nieszczęść opisywanych w mitach greckich. Ale węże mają też pozytywne znaczenie. Asklepios, bóg medycyny był przedstawiany z laską, po której wił się wąż. Jedną z form przedstawiania węża jest wąż zwinięty w krąg, chwytający własny ogon, co symbolizuje wieczność, nieskończoność i naturalną kolej rzeczy, powtarzalność dni, miesięcy, lat. Wąż zgodnie ze zwyczajami rzymskimi w czasie przesilenia zimowego chwyta swój ogon, co oznacza, jednocześnie początek i koniec. Najbardziej znaną rolę „grał” wąż w kuszeniu pierwszego człowieka w Raju. W historii pogrążenia się w grzechu wąż symbolizuje kuszenie, podłość, szatana.
Ukazującego się w źródlach Tapolcy białego węża nie można utożsamiać ze zwykłym wężem występującym nad wejściem, malowanym na meblach czy naczyniach, to wyłącznie kwestia podobieństwa. Tak jak tu pełni rolę ochronną, chroniącą od zła, przynoszącą szczęście, to w przypadku źródła obdarzony jest właściwościami leczniczymi. Zobaczyć w źródlanych leczniczych wodach oznaczało połączenie wiary z rzeczywistością, w nadziei sukcesu pewnego wyleczenia. Minęło już ok. trzydzieści lat jak jedna kobieta opowiadała, że biały wąż to nie legenda, bo ona widziała go w kryształowo czystej źródlanej wodzie, z której czerpała i piła i która przyniosła jej wyleczenie.
Miszkolcka noc korony węgierskiej
Bogate w wydarzenia kontakty Bertalan Szemere i Lajos Horváth kryją takie skrywane sprawy, o których powstała legenda miszkolckiej nocy korony węgierskiej. W wydarzeniu brało udział kilku wyznaczonych, zobowiązanych do utrzymania tajemnicy uczestników, a tak naprawdę dwóch wtajemniczonych, którzy, jak była mowa o koronie, to nigdy nie zdradzili się nawzajem. Do tajemnicy byli zobowiązani. Bertalan Szemere i mniej znany w polityce krajowej Lajos Hotváth. Był on przez blisko ćwierć wieku radnym Miszkolca, wiele zdziałał dla uzyskania przez miasto praw ustawodawczych. Zmarł w 1911 roku pozostawiając wielką spuściznę, jako honorowy obywatel miasta Miszkolca. Był o 12 lat młodszy od Szemere, ale przeżył go o 42 lata. O kontaktach dwóch polityków i dokumentach Szemere przekazanych dla muzeum nie zrodziła się legenda – gdyż, co zrozumiałe – częste przewożenie, przeprowadzki korony ze względów bezpieczeństwa nie była dokumentowane.
Legenda powstała z poufnych kontaktów, jak również z rozmów przeprowadzonych z Lajosem Horváth. Przeplatają się tu fakty i elementy fantazji.
Według znanej historii 30grudnia 1848 roku, kiedy parlament zdecydował o ewakuacji stolicy, podjęto decyzję o wywiezieniu korony do Debreczyna. Zadanie to wykonał Sámuel Szabolcs Bónis radny komitatu i korona bez uszczerbku dotarła do ratusza w Debreczynie. Kiedy 19 kwietnia 1849 roku parlament ogłosił detronizację Habsburgów, wraz z wyborem Lajosa Kossutha na przywódcę rządu, jednocześnie zabroniono publicznego używania insygniów królewskich. Po zajęciu zamku w Budzie (21 maja 1849 roku), 5 czerwca rząd i parlament powróciły do stolicy. Pytanie tylko, czy z nimi również korona?
Według klasyków historii Węgier wtedy pojawia się Bertalan Szemere, który od czasu ogłoszenia niepodległości jest premierem kraju. „W lipcu 1849 roku byliśmy zmuszeni do opuszczenia Pesztu i przyszło mi do głowy zapytać Kossutha: co się stanie z koroną. Na to Duschek, minister finansów, odpowiedział: zostawmy tutaj i tak nas nie uratuje jak polegniemy – Kossuth był podobnego zdania. Ale ja stwierdziłem, że jej w Peszcie nie zostawię . ...Mój sekretarz był bardziej honorowy od niego, wtedy milczał i milczy do dzisiaj”. Jak wiemy Szemere przesłał przez sekretarza koronę do Szeged, potem stamtąd do Nagyvárad do pałacu biskupiego. Stąd trafiła do Arad, potem po przegranej bitwie w Temesvár dalszy jej los jest znany (Lugos, Karánsebes, Orsóvár gdzie obawiając się o jej bezpieczeństwo, w tajemniczych okolicznościach zakopali).
W wędrówkach korony jedno zdanie określa drogę bez obaw: „5-go czerwca z nami razem korona też” – że spowrotem powróciła do stolicy. W drodze z Budy do Debreczyna zarówno czasowo jak i fizycznie droga wypada przez Miszkolc.
Lajos Horváth po śmierci Bertalana Szemere opowiedział następującą historię: „Koronę przewoził do stolicy Sámuel Tolcsvai Bónis – przewożący ją również z Budapesztu do Debreczyna - z kilkoma towarzyszami, wśród których był jeden o nazwisku Ragályi. Pod osłoną nocy przybyli z Sárospatak i ponieważ Rogályi był z nimi zatrzymali się w domu Ábraháma Ragályi na ulicy Urak (na Avas). W piwnicy Józsefa Forray ukryto koronę, ale zanim wzięli ją dalej, wymogli na Forray przyrzeczenie, że całą historię zatrzyma w tajemnicy”. Przez Budę koronę przewieźli Bertalan Szemere i Lajos Horváth a Horváth pozostał z koroną do Szegedu, a potem towarzyszył jej dalej przez Arad do Lugos. Lajos Horváth nie emigrował, z Orsóvár powrócił do domu, ale do tej pory usunął się, dopóki urzędnicy ministerstwa nie dostali ułaskawienia. Wtedy to otworzył kancelarię adwokacką, a potem jako radny głosił program Partii Wolnej doktryny.
Kto prześledzi zapiski Bertalan Szemere, zauważy, że nie wspomina z imienia Lajosa Horvátha. W związku z koroną wspomina tylko sekretarza, a przecież sekretarzem był Lajos Horváth. Opowiedzenie tej historii przypisuje się jemu. Ale czy tak było, czy nie, już się nie dowiemy. Legenda żyje i wpisuje się w ciekawostki Miszkolca. Jej prawdziwości nie podważy już nikt.
„Miszkolcka sukmana”
Sławne miszkolcke targi sukienne i pilśniarki zgromadzone wzdłuż brzegów Szinva stanowiły podstawę rzemiosła sukiennego. Miszkolcka sukmana była pojęciem oznaczającym coś wyjątkowego, nawet w odległych stronach. W XIX wieku w mieście było prawie 200 rzemieślników wykonujących sukmany, a na targach nawet 60-70 namiotów z sukmanami ustawione było obok siebie. Nie tylko wieśniacy, ale mieszkańcy miast czy robotnicy kuźni żelaznych, szklanych nosili sukmany. Rozprzestrzeniona hodowla owiec i skup wełny były podstawą krawiectwa sukman, gdzie w XIX wieku wykonawane były sukmany ozdobne. Jeden z krawców w 1851 roku na wystawie światowej w Londynie dostał wyróżnienie za ozdobną sukmanę. W 1878 roku na wystawie światowej w Paryżu książę Walii kupił taką ozdobną sukmanę – jako charakterystyczny strój regionalny.
Wykopany w Miszkolcu kieł mamuta
Ogromny, wielokrotnie restaurowany kieł mamuci tak samo należy do historii i wystaw związanych z historią Miszkolca, jak kościół reformacki do Avas, dzwonnica lub cmentarz. Kieł został wykopany przy okazji rozbudowy kotłowni na kolei w 1900 roku przez Ignáca Gálffy, jednego z założycieli muzeum i profesora towarzystwa muzeologicznego Józsefa Molnára.
Od zakonserwowania, to znalezisko z epoki lodowcowej stanowiło „otwarcie” praktycznie każdej wystawy poświęconej historii miasta lub archeologii. Pierwszą wystawę zorganizowano w 1902 roku i można ją było oglądać do roku 1914. Wśród trzech i pół tysiąca eksponatów pokazanych na wstawie umieszczono go na honorowym miejscu. Potem można go było oglądać w specjalnej żelaznej skrzyni tak, że nawet podczas wojny nie mieli odwagi go tknąć. Przez pół wieku wytrzymal z jednym odrestaurowaniem, ale przez ten czas nastąpiły takie zmiany wewnętrzne , że powstała potrzeba nowej analizy, stabilizacji struktury. Restaurację przeprowadzono w 1950 roku i w latach 1950 – 1962 na wystawie zorganizowanej przez Andora Lesziha można było go podziwiać w specjalnej szklanej witrynie. W 1964 roku znowu pojawiła się potrzeba ponownej restauracji i po tym był wystawiony do 1967 roku, kiedy nastąpiło zawalenie się ściany nośnej budynku muzeum. Bez szkód przeżył zawalenie się muzeum i do 1974 roku „odpoczywał” w specjalnych warunkach w magazynie. W 1974 roku otwarto trwającą do 1985 roku stałą wystawę pt. „Człowiek i praca”, gdzie w sali poświęconej archeologii ponownie zostal zainstalowany kieł. Njdziwniejszym okresem w życiu eksponatu był okres 1985 – 1994. Przez blisko dziesięć lat przechowywany był w magazynie, narażony na bezpośrednie działanie powietrza, ale konserwacja przeprowadzona w 1964 roku była tak skuteczna, że nawet wtedy nie wystąpiły szczególne szkody. Otwarta w 1990 roku wystawa pt. „Stulecia Miszkolca” miała taką koncepcję, że forma eksponatu do niej nie pasowała.Była to pierwsza historyczna wystawa w mieście na której eksponat nie był prezentowany. Nie przypadkiem więc, że wielu zwiedzającym brakowało go.
Ten brak nie trwał długo. W 1991 roku przedstawiciele węgierscy jak i zagraniczni obchodzili centenarium odkrycia kamiennych toporów w Bársony-ház i rozpoczęcia badań epoki kamiennej. Na wystawie przygotowanej z tej okazji w towarzystwie innych eksponatów można było podziwiać blisko trzy i pół metrowej długości zwierzęcą skamieniałość. 1994 roku otwarto w budynku muzeum obok wystawy historycznej i etnograficznej trzecią, która przedstawia zwiedzającym efekty badań archeologicznych. Charakter wystawy pozwalał, aby w takim miejscu obchodzono centenarium znalezienia i wydobycia ogromnego mamuciego kła.
Legenda skały Molnara
Tak jak w Miszkolcu stała się legendą historia Bató, bogatego kupca handlującego zbożem, oraz jakże smutna historia jego rodziny, to tak samo legendą stał się krzyż na szczycie skały Molnara, który stał się przez ponad półtorej wieku wątkiem wielu ciekawych historii. W każdym przewodniku zamieszczona jest któraś z wersji tragedii miłosnej, której uczestnikami są stary młynarz i młoda żona, zły ojciec i beznadziajnie zakochana córka, bogaci i biedni zakochani, zdecydowana na wszystko dziewczyna i nieśmiały chłopak, ale koniec jest zawsze taki sam: skokiem ze skały wspólnie podjęta ofiara, śmierć.
Jedna z historii pochodzi z wydawnictwa, które ukazało się w 1928 roku. „na szczycia skały Molnara krzyż spogląda w głębię – czytamy.
Wedle przypowieści ludowej młynarczyk z młyna pracującego w dolinie zakochał się w pięknej żonie młynarza, a ponieważ nie znalazł wzajemności skoczył ze skały i na dole spotkała go straszna śmierć: pamięć o tym krąży w baśniach w gęstwinie, między szczytami”. Młyn i młynarz to postać histori , która ukazała się drukiem w 1936 roku.” Obok drogi do Lillafüred, naprzeciw kuźni na szczycie strzelającej pionowo w górę skały jest krzyż. Krzyż ten, wedle podania ludowego, dlatego postawili, bo młoda żona zdradziła starego młynarza, dlatego młynarz skoczył w otchłań i zginął śmiercią tragiczną”.
Znowu inna historia opowiada o kończącej się śmiercią miłości córki majstra sukiennego i biednego młynarczyka. Najnowsza histaria przedstawiona została w 1993 roku w jednym z miszkolckich dzienników. Według niej „miejscowi opowiadają, że słyszeli o przynajmniej trzydziestu osobach, które rzuciły się ze szczytu pięćdziesięciometrowej urwistej skały. Szczególnie wspominają młodą parę, która weszła na szczyt Dolka, aby z powodu sprzeciwu rodziców razem zakończyć życie. Dziewczyna rzuciła się ze skały, a chłopak się przestraszył i nie miał odwagi skoczyć. Wrócił do Miszkolca, ale ogólne potępienie przywiodło go spowrotem w to miejsce i on też skoczył”.
Z generacji na generację utrwala się legenda skały Molnara. Wraz ze zmianą otoczenia, historia jest ubarwiana, zmieniana. Już nie ma śladu po młynach, więc albo młynarz albo dziewczyna „wypadają” z historii. Krzyż brzozowy też został zastąpiony przez odporniejszy krzyż żelazny, dobrze widoczny z okolicy. Widok krzyża i ludzka fantazja dalej ożywiają legendę.
Chleby, precle, bułki
Na podstawie XVIII-wiecznych danych János Szendrey pisze: „w produkcji rolnej miasto nasze od zamierzchłych czasów dwoma produktami zdobyło uznanie krajowe: - przenicą, białym chlebem i winem”. Potem dalej kontynuuje: „Przy omawianiu przemysłu spożywczego, było niemożliwym nie wspomnieć wieloletnich tradycji z nim związanych, a na pierwszym miejscu szeroko znane miszkolckie chleby i przekupki nimi handlujące, wianki precli, a na końcu pieczenie przygotowane ze świeżo przygotowanego mięsa wieprzowego ze skórką, które szczególnie ze świeżym białym chlebem miały duże wzięcie szczególnie podczas jarmarków”.
Poza własnymi potrzebami, o handlu szeroko znanym w świecie chlebem, bardzo dużo informacji zawierają miejskie księgi rachunkowe.Stare księgi rachunkowe miasta Miszkolca z lat 1678 – 1711 dowodzą, że chlebem nie tylko gościli przybyłych do miasta znamienitych gości, ale również chlebem ich obdarowywali.
W zaopatrzeniu w chleb wtedy powstawały problemy, gdy większa ilość wojska stacjonowała w mieście, albo do któregoś z obozów dostarczali chleb z miasta. W takim przypadku rada prosiła po jednym chlebie z każdego domu, a jak to też było mało, to czyniono zakupy u znanych gospodyń wypiekających chleb. I tak 8-go grudnia 1678 roku, oprócz chlebów zebranych po domach kupiono po 3 chleby od Gémesné, Halasiné, Terekiné i Mátyása Szeőcza. Oprócz kobiet parających się wypiekiem chleba w XVIII wieku w mieście pracowali już piekarze, ci natomiast nie mogli jeszcze wypiekać dużych ilości chleba, a i ich smak odbiegał od smaku chleba domowego. Do piekarzy dołącza w 1796 roku András Tékus, „mistrz bułkowy przybywa do Miszkolca”, którego przyjęto, bo mamy tylko jednego takiego mistrza.
Sámuel Benkő w pracy, która ukazała się w 1782 roku pisze, że: „chleby stają się wyjątkową ozdobą na rynku, nie tylko dlatego, że mają przyjemny smak, są pięknie białe i mają ładną formę a między chlebami sprzedawanymi na targach w kraju wyjątkowo się wyróżniają. Niestety zdarzają się takie kobiety, które naśladują piekarzy londyńskich i psują chleb ałunem, chcąc tym sposobem wybielić i poprawić formę chleba. „Ale nie ma – oprócz tego, że stwarza problemy z sercem – takiej potrzeba, gdyż „płeć piękna chętnie pomaga w pracach domowych i gospodarstwie, a sława wypieku chleba jest zasłużona, bo chleb stąd jest wspaniały zarówno ze względu na smak jak i formę, bo pięknie rośnie i ma wspaniały biały kolor”.
Poza opisem pieczenia chleba, bułek i przekładańców Sámuel Benkő znalazł sporo danych w XVIII wiecznym archiwum. W 1766 roku wspomina, że: „wśród dóbr Istvánné Tóth – najprawdopodobniej była kobietą wypiekającą chleb – występują: 1 gęste sito, 1 ruszt, 1 stolnica, 1 dzieża do pieczenia, 1 dzieża do wyrabiania, 1 łopata. W 1790 dla większej ilości wojska stacjonującego w Miszkolcu, Diósgyőr i Arnót trzeba było upiec chleb. Piekarze niemieccy z Miszkolca z różnych powodów nie podjęli się tego, dlatego poproszono o to dwie kobiety piekące chleb, aby upiekły potrzebną ilość dla wojska.
Naturalnie jest też spora ilość notatek dotyczących handlu chlebem na rynkach, jarmarkach w XIX wieku. Dlatego ciekawostką jest, że pięciu mistrzów piekarskich zwróciło się do Budy o wydanie pozwolenia na otwarcie zakładu, ale później z powodu dużych kosztów odstąpili od tego. Piekarze wynajmowali piece u prywatnych osób lub co roku od miasta. U chłopów w każdym domu był piec chlebowy, ale służący piekli też chleb urzędnikom miejskim i majstrom. Handlarze tygodniowo wypiekali nierzadko kilka kwintali mąki i słynny chleb sprzedawali na bazarach, jarmarkach. Na początku XX wieku handlowano chlebem na południowej stronie dużego odcinka głównej ulicy, ale nie brakowało ich też na jarmarkach zbożowych. Pamięć słynnego miszkolckiego chleba zachowała się również w wierszach.
Topór miasta Miszkolca
Topór jest przedmiotem średniowiecznego wymiaru sprawiedliwości, jednym ze środków wykonywania wyroków. Tak naprawdę to nic innego niż ciężki, wielki, o szerokim ostru miecz. Był powszechnie używany w czasie średniowiecznych walk. Z pola bitwy wyparła go łatwa w użytku, cienka szabla. Topór trzymany oburęcznie, blisko szerokiego ostrza był zdatny do obcinania głów, dlatego też stał się jednym z narzędzi wykonywania wyroków.
Prawo wykonywania wyroków przysługiwało większym średniowiecznym miastom. Prawo to nadawał król i nazywane było prawem topora. Miszkolc otrzymał prawo ogłaszania i wykonywania wyroków w 1395 roku od króla Zygmunta (1387-1437). Począwszy od tego momentu, mógł w swoich granicach łapać, zakuwać w kajdany, torturować, łamać na kole tzn. mógł zabijać znanych albo poszukiwanych łotrów, złodziei i bandytów. Król Ludwik II w 1519 roku ponownie nadał radzie miasta prawo, aby „dla odstraszającego przykładu – zdjęli głowę przestępcom”.
Miszkolc miał dwa topory, obydwa przechowywane w ratuszu. Jeden wykonany pod koniec XIV – na początku XV wieku, a drugi jest robotą z XVII-XVIII wieku. Na jednej stronie wcześniejszego topora widnieje wtopiona złota szubiennica, a na drugiej koło z trzema poprzecznicami. Obydwie ryciny obrazują charakter i rodzaj wyroków i ich wykonania. Sposób wykonania wyroku i narzędzia, którym się posługiwano był związany z rangą społeczną. I tak wedle zwyczajów prawnych średniowiecza osobę pochodzenia szlacheckiego można było stracić tylko toporem. Dla innych, nie szlacheckiego pochodzenia, przeznaczone było łamanie kołem albo szubiennica. Wyroki wykonywano na Tetemvár, na Akasztóbérc, a wcześniej na wschodnim końcu Avas tzw. Hóhébástya (baszta kata). Podobnie jak nazwa Nyakvágó (obcięcie szyi) czy Pallos (topór) pozostały w nazwach ulic albo w innych nazwach miejscowych jako pamiątka dawnego wymiaru sprawiedliwości.
Dokładnie nie wiadomo krew ilu ludzi została przelana tymi dwoma toporami. Nie wiadomo też od kiedy je używano i kto był ostatnim, którego w ten sposób stracono. Na pewno najciekawszym było wykonanie wyroku w 1698 roku, kiedy to ścięto głowę własnemu sędziemu. Zdarzenie – o którym zrodziła się ballada, o czym Mihály Tompa napisał wiersz – uważane jest za jedno z pierwszych procesowych zabójstw politycznych.
Mihály Kondai Kiss, był szlachcicem, więc należało mu się stracenie od topora. Simon János Miskolczy badacz-archiwista na początku XIX wieku przeprowadził śledztwo, w wyniku którego okazało się, że sędziego Mihálya Kondai Kiss zaproszono na kolację, gdzie nie tylko go nakarmili,ale też porządnie spili. W drodze do domu postarali się również o damskie towarzystwo, a także kilku dobrze postawionych obywateli, którzy z daleka towarzyszyli mu i obserwowali. Na drugi dzień rano rozeszła się po mieście wiadomość o zdradzie małżeńskiej sędziego. Po czterech dniach sąd miejski, a potem forum komitatu ogłosiło sędziego winnym i skazano go na śmierć przez ścięcie toporem. Ścięcie wykonano 3 października 1698 roku, przed dużym tłumem na miejskim rynku. Zwłoki wrzucono do rowu albo na cmentarzu na Avas lub na Deszka.
„Zerka jak żaba w miszkolckiej galarecie”
Z miszkolckich powiedzonek znane jest w całym kraju: „Zerka, jak miszkolcka galareta” albo „Zerka jak w miszkolckiej galarecie żaba”. W rozprzestrzenieniu się powiedzonka rolę grały nie tylko przekazy ustne, ale również dwa przedmioty. Jeden to wydana w Miszkolcu pocztówka, a drugi to talerz pamiątkowy. W okresie międzywojennym kilkaset, a może kilka tysięcy takich pamiątek rozpowszechniło tą historię. Ale czy tak faktycznie było, czy z galarety zerkała żaba tego do dzisiaj nie wiadomo. To natomiast tak, że galareta z nóżek była ulubioną potrawą tutejszych mieszkańców i jako taka była serwowana poza przyjęciami, jarmarkami w karczmach i gospodach. W XVIII wieku na miszkolckich bazarach i jarmarkach należała do potraw domowych. Późniejsza historia, która stworzyła legendę, datuje się na sto lat później, na wiek XIX. Chodzi o to, że do galaretki wstawionej do piwniczki winnej, żeby stężała, wskoczyła żaba i została tam. Nieuważny kelner tak też podał danie – jako przekąskę – gościowi, który zdziwiony, ale z humorem stwierdził, że spomiędzy nóżek spogląda na niego żaba. Wiadomość o tym rozpowszechniła się za pomocą pocztówek i innych pamiątek.
Legenda o galaretce pół wieku temu odżyła. Bal galerety, festiwal galarety, konkurs na przygotowanie galarety ściąga miejscowych i tych, którzy przybywają z innych części kraju na cykl imprez.